Od kubka do małego biznesu
Zaczęło się niewinnie. Od pierwszego kubka, potem następnego, a później kolejnego zamówienia. Z każdym tygodniem pojawiały się nowe pomysły, nowe napisy i nowe osoby, które chciały mieć moje produkty u siebie.
Od kubka do kubka i od zamówienia do zamówienia okazało się, że w ciągu zaledwie kilku tygodni powstał z tego całkiem prawdziwy mały biznes.
I oto jestem.
Człowiek z IT, który po pracy lepi kubki, testuje szkliwa, wymyśla napisy i zastanawia się, czy kolejna krzywizna jest jeszcze częścią rękodzielniczego uroku, czy już kandydatem do outletu.
Jedną z pierwszych kolekcji były kubki dla IT. W końcu najlepiej zaczynać od świata, który zna się od środka. Największą popularność zdobył kubek z napisem „EJAJ SREJAJ”, który szerokim echem poniósł się po LinkedInie.
Później pojawiały się kolejne kategorie, napisy i pomysły. Kubki inspirowane pracą w IT, serialami, codziennym życiem i podkarpackimi regionalizmami. Bo choć można pracować w międzynarodowej branży technologicznej, Podkarpacie i tak prędzej czy później wychodzi z człowieka.
Podkarpackie rules.
Ceramika została ze mną
Po kilku miesiącach wróciłam do pracy w IT. Ceramika jednak nie zniknęła. Została w moim życiu i zajęła w nim całkiem wygodne miejsce.
Dziś jest dla mnie przede wszystkim odskocznią od informatycznej rzeczywistości. Po całym dniu spędzonym na spotkaniach, planowaniu, analizowaniu i układaniu kolejnych zadań mogę usiąść przy stole, wziąć do ręki glinę i zrobić coś, co istnieje naprawdę.
Ceramika pozwala mi uruchomić tę bardziej artystyczną i kreatywną część życia. Daje przestrzeń do eksperymentowania, zabawy formą i dzielenia się moim humorem, który — delikatnie mówiąc — nie zawsze jest przesadnie poważny.
Oczywiście jest to również dodatkowe źródło dochodu, ale równie ważna jest dla mnie satysfakcja z tworzenia. Świadomość, że ktoś pije poranną kawę z kubka, który wymyśliłam, ulepiłam i własnoręcznie wykończyłam, nadal jest dla mnie czymś niezwykle przyjemnym.
Jak wygląda Glify od środka?
Większością rzeczy związanych z Glify zajmuję się sama.
Zamawiam glinę, lepię, poprawiam, szkliwię, przygotowuję produkty, robię zdjęcia, dodaję je do sklepu, piszę opisy, pakuję zamówienia i wymyślam, co jeszcze można napisać na kubku.
Nie jestem jednak w tym wszystkim zupełnie sama. Sprawami formalnymi, księgowymi i fakturowymi zajmuje się mój mąż, Mati. Dodatkowo pełni bardzo ważną funkcję człowieka od noszenia wszystkich ciężkich rzeczy do i z wypału, czego zdecydowanie nie należy bagatelizować.
Nie mam wielkiej fabryki, magazynu pełnego identycznych produktów ani zespołu odpowiedzialnego za analizowanie trendów. Jest mała pracownia, dużo pomysłów, trochę kontrolowanego chaosu i kolejne rzeczy, które powstają w moich rękach.
Od internetu do prawdziwych spotkań
Bardzo lubię również wyjeżdżać z moimi produktami na targi i lokalne wydarzenia. Internet jest świetny, ale nic nie zastąpi spotkania z ludźmi, rozmowy i obserwowania reakcji osób, które po raz pierwszy czytają napisy na moich kubkach.
To właśnie wtedy mogę podzielić się nie tylko produktami, ale też swoim poczuciem humoru, autoironią i podejściem do codzienności.
Lubię myśleć, że Glify nie są wyłącznie ceramiką. To także drobne żarty, skojarzenia i teksty, które sprawiają, że zwykłe picie kawy staje się trochę przyjemniejsze.

Co jest dzisiaj?
Dzisiaj nadal pracuję w IT, zarządzam projektami, pilnuję terminów i porządkuję backlogi. A później wracam do gliny, kubków, szkliw i kolejnych pomysłów.
Lepię, sprzedaję, testuję, czasami coś zepsuję, czasami zrobię coś zupełnie innego, niż planowałam, a czasami z pieca wychodzi produkt, który od razu staje się moim nowym ulubionym.
Tak od kubka do kubka, od zamówienia do zamówienia działam, funkcjonuję i rozwijam Glify.
Bez wielkiego biznesplanu i bez pewności, dokąd dokładnie mnie to zaprowadzi. Za to z dużą ilością gliny, pomysłów i satysfakcji.
I jest bardzo spoko.